logo
g

Wirusy - nowa broń medycyny w walce z rakiem

To przełom w leczeniu chorób nowotworowych i nadzieja dla milionów ludzi. O niszczeniu komórek rakowych za pomocą wirusów pisze "The New York Times".

W 1951 r. czteroletni chłopiec chory na białaczkę zaraził się wirusem ospy. W krótkim czasie jego wątroba i śledziona, powiększone na skutek białaczki, odzyskały zwykłe rozmiary, a wyniki morfologii krwi wróciły do normy. Ta nieoczekiwana remisja choroby wywołała entuzjazm wśród opiekujących się chłopcem lekarzy z Laboratorium Onkologii Eksperymentalnej w San Francisco. Niestety, radość nie trwała długo. Po miesiącu białaczka zaatakowała ze zdwojoną siłą i mały pacjent zmarł.

Na początku XX w. medycyna była bezradna wobec pacjentów cierpiących na nowotwory. Jeśli chirurgiczne usunięcie guza nie było możliwe, rak wróżył zazwyczaj szybki i nieuchronny koniec. Na przestrzeni lat opisywano jednak liczne przypadki, w których lekarze zauważali osobliwą prawidłowość: u wielu chorych wyrok śmierci zostawał odroczony, kiedy zapadali oni na infekcje wirusowe.

Wirusem w raka

Nie był to przypadek. Naukowcy odkryli, że pospolite wirusy często atakują komórki rakowe. Przez kilkadziesiąt lat starali się okiełznać to zjawisko, tak, by stało się podstawą terapii antynowotworowej. Dziś, po wielu porażkach, wyhodowanie wirusów "zaprojektowanych" tak, by niszczyły komórki nowotworowe, wydaje się być na wyciągnięcie ręki.

- Jesteśmy bardzo podekscytowani - mówi dr Robert Martuza, ordynator oddziału neurochirurgii w Massachusetts General Hospital i profesor neurobiologii na Harvard Medical School. - Konkretne wirusy powinny zadziałać w przypadku pewnego rodzaju guzów - dodaje, podkreślając, że badania kliniczne z udziałem osób chorych na nowotwory, sprawdzające skuteczność terapii, są już na etapie znacznego zaawansowania.

Komórki rakowe potrafią namnażać się w szalonym tempie - nie są natomiast w stanie bronić się przed infekcją tak skutecznie, jak komórki zdrowe. Naukowcy pracują więc nad stworzeniem takich wirusów, które będą zbyt słabe, by móc uszkodzić zdrowe komórki ludzkiego organizmu, a zarazem dostatecznie silne, by z powodzeniem atakować i niszczyć komórki guzów.

Medycyna mierzy się z tym niełatwym zadaniem już od wielu lat. Pierwsze wysiłki w tym kierunku zostały podjęte w 1904 r., kiedy zauważono, że podanie kobietom chorym na raka szyjki macicy szczepionki na wściekliznę powoduje okresowe spowolnienie postępów choroby. Już w połowie XX w. do organizmów pacjentów cierpiących na nowotwory wprowadzano żywe wirusy. Śmiertelnie chore dzieci były zakażane polio i adenowirusami. Eksperymentowano również z zastrzykami z mieszanek zawierających kał zdrowych dzieci i chorych kurcząt, a także zawiesinę komórek śledziony pobranych od wiejskich kotów chorych na tzw. "tyfus koci" (panleukopenia kotów).

Wszystkie te eksperymenty okazały się wielce niefortunne. Choroby nowotworowe u pacjentów powracały, a w najgorszych przypadkach iniekcje doprowadzały do rozwoju śmiertelnych zakażeń - czytamy w raporcie opublikowanym w 1964 r. przez prestiżowe czasopismo "American Journal of Pathology". W tej sytuacji badania nad terapiami antynowotworowymi wykorzystującymi wirusy zostały zarzucone na jakiś czas. Dopiero w 1991 r. dr Martuza zainteresował się wykorzystaniem wirusa opryszczki pospolitej typu 1 (HSV-1) do celów zwalczania komórek rakowych.

Genom wirusa HSV-1 jest stosunkowo duży , a w jego obrębie może dochodzić do licznych mutacji i redukcji. Dr Martuza doprowadził do osłabienia wirusa, usuwając część jego genów. Zmodyfikowany w ten sposób wirus został wstrzyknięty myszom chorym na nowotwór mózgu. Okazało się, że remisja choroby rzeczywiście nastąpiła - u części gryzoni rozwinęło się jednak zapalenie mózgu, które doprowadziło do ich śmierci.

W 1990 r. Bernard Roizman, wirusolog z Uniwersytetu Chicagowskiego, odkrył gen nadrzędny wirusa HSV-1. Jego usunięcie spowodowało, że wirus stracił siłę pozwalającą mu na pokonywanie mechanizmów obronnych zdrowych komórek. Jednocześnie okazało się, że zmodyfikowany w ten sposób HSV-1 jest w stanie spowalniać wzrost guzów.

Sześć lat później inny wirusolog - dr Ian Mohr z Uniwersytetu Nowojorskiego - odkrył sposób dalszej modyfikacji wirusa osłabionego przez Roizmana. Mohr systematycznie wprowadzał zmutowanego HSV-1 do komórek rakowych, aż wreszcie ten pierwszy wykształcił mechanizm namnażania się w tych komórkach. Następnie on i jego asystent Matt Mulvey "zaprogramowali" wirusa tak, aby ten po wniknięciu do organizmu "omijał" układ odpornościowy człowieka. W ten sposób zmutowany HSV-1 stał się jeszcze skuteczniejszym "zabójcą" raka.

 

To nie science fiction!

W przeciwieństwie do chemioterapii, której skuteczność u danego pacjenta z czasem może się zmniejszyć, wirusy onkolityczne (czyli wirusy genetycznie zmodyfikowane, których zadaniem jest niszczenie komórek nowotworowych) namnażają się w organizmie pacjenta i stają się coraz silniejsze w miarę rozwoju infekcji. Niektóre z nich nie tylko atakują komórki rakowe, ale też stymulują odpowiedź immunologiczną organizmu.

Obecnie testowanych jest kilka wirusów onkolitycznych, z których dwa znajdują się w III fazie badań klinicznych.

Zmodyfikowana forma wirusa krowianki, który przyczynił się do wyeliminowania ospy prawdziwej, poddawana jest testom badającym jej skuteczność przeciwko komórkom raka wątroby w zaawansowanym stadium (rak wątroby to w skali globalnej trzeci największy zabójca wśród chorób nowotworowych). Niedawno przeprowadzone badania wykazały, że podawanie wysokich dawek wirusa krowianki (znanego jako JX-594) wydłuża życie osób chorych na ten nowotwór o 14 miesięcy. Pacjenci, którym podawano niskie dawki JX-594, żyli o 7 miesięcy dłużej. (...)

Kolejną jednostką wirusową poddawaną badaniom jest wirus opryszczki zmodyfikowany w oparciu o wczesne ustalenia Iana Mohra, którego skuteczność sprawdzana jest u osób chorych na czerniaka złośliwego. Pierwsze dane wskazują, że cofnięcie się choroby i wydłużenie życia można zaobserwować u 26 proc. pacjentów poddanych eksperymentalnej terapii. Wreszcie, naukowcy sprawdzają skuteczność jednego z reowirusów w niszczeniu komórek guzów głowy i szyi, często trudnych do wyleczenia.

Naukowcy twierdzą, że skutki uboczne związane z tego rodzaju terapią są minimalne, a zaliczające się do nich dolegliwości to m.in. nudności, uczucie zmęczenia i bóle różnego rodzaju. - W porównaniu z tym, co dzieje się podczas standardowej chemioterapii, z objawami podobnymi do objawów grypy można łatwo wytrzymać - zauważa dr Tony Reid z ośrodka onkologicznego Moores Cancer Center działającego przy Uniwersytecie Kalifornijskim.

Istnieje duża szansa na to, że wirusy onkolityczne zaczną być powszechnie wykorzystywane w medycynie, zwłaszcza w połączeniu z terapiami innego rodzaju, stosowanymi w walce z agresywnymi i trudnymi do wyleczenia nowotworami. Tak uważa Gary Hayward, wirusolog związany z Uniwersytetem Johnsa Hopkinsa w Baltimore, zastrzegając jednak, że postęp w tej dziedzinie może dokonywać się powoli.

Matt Mulvey, współpracownik Iana Mohra, bada obecnie skuteczność wybranych wirusów w walce z czerniakiem złośliwym i rakiem pęcherza moczowego. Jak mówi, największe wyzwanie polega na tym, by przekonać ludzi, że nowe terapie nie są "fantastyką naukową". - Na szczęście jednak z takim poglądem spotykamy się coraz rzadziej - mówi.

 

Rachel Nuwer

"New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

 

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

Źródło informacji: New York Times International

d




logo